środa, 5 sierpnia 2015

Nie wierzę już artystkom.

 Nie to, że muszę... mam ochotę Wam się do czegoś przyznać. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, obejrzałam wszystkie możliwe wywiady z Natalią Przybysz na yt. A. się ze mnie przez to śmieje. Proszę nie mieć mi tego za złe, nie moja wina, że urodziłam się kobietą i podobają mi się piosenki o piersiach, długich nogach, wstążkach, słodyczach i paniach, co to w domu noszą spodnie i skórzany pasek.
 Kilka godzin zajęło mi pochłanianie jej słów, z którymi to się utożsamiałam. Wreszcie ktoś uważał bez żadnej wyszukanej filozofii życiowej, że artysta to osoba, która przede wszystkim tworzy sztukę, a nie - jak się A. wydaje - człowiek lasu, w samotności strugajacy pajacyki z drewna. 
 I nagle okazało się, że nie wszystkie internetowe prawdy są zgodne z rzeczywistością...

 Należę do tego smutnego gatunku ludzkiego, co to nie ma z kim jeździć na wakacje, więc jeździ z rodzicami... 
 Zawsze w to samo miejsce. Zawsze blisko Krupówek. ZAWSZE.
 Mama Grażka potrafi zachwycać się godzinami torebkami z futerkiem, ciupażkami, ciupażkami - długopisami, ciupażkami -pluszakami, ciupażkami na skarpetkach etc. 
 W tym roku tego nie zniosłam. Uciekłam i kupiłam sobie cztery jazzowe płyty w cenie dwóch. Byłam tak samo zadowolona ze swojego zakupu, co mama Grażka z dziesiątej pary góralskich kapci w cenie dziewięciu i pół.
 Myślałam, że Billie Holiday i John Coltrane umilą nam długie godziny spędzone w samochodzie. Przypomniałam sobie spostrzeżenie Natalii, że my, tj. ludzie, Polacy, rodacy, może i nawet facebookowi patrioci (nadinterpretuję) fascynujemy się tym, co w naszej mentalności uchodzi za klasykę. Prawda, że to prawdopodobnie brzmi? W ten sposób wybaczyłam wszystkim  miłym istotom, które radziły, bym coverowała "Wehikuł czasu". Dżem z Ryśkiem na czele jest dla nas klasykiem tak samo jak chleb na śniadanie. No bo kto nie lubi chleba? Na nic zdadzą się tłumaczenia, że w Polsce mamy wiele nowych muzycznych projektów, które są równie wspaniałe, a może i wspanialsze, świeższe, nowatorskie. Stawiając nas samych przed alternatywą: tofu i Domowe Melodie, nasze dłonie, plecy, małe stópki i rozdwojone końcówki wybiorą chleb i Dżem, ale z Ryśkiem "bo pani, bez Ryśka to już nie je to samo".

 Jak więc mogłam przewidzieć rodzinny wyjątek od tej reguły?
 Włączyłam w aucie Billie Holiday, klasyk jak się patrzy! Mama Grażka, która przez telefon rozmawiała o ważnych dla niej sprawach, tj. czy pani z hodowli dla psów ma na sprzedaż małego yorka "dziewczynkę", aż podskoczyła z wrażenia, tak ją przeraziły wariacje na trąbce w utworze "Cheek To Cheek".
 - Jezus, samochód nam się psuje??

 Nie uwierzę już artystkom choćby mówiły najpiękniej we wszystkich wywiadach. Klasyki nie sprawdzają się w mojej rodzinie. Bardziej zachwycano się podczas jazdy kapciami niż płytami...
 G. -  aniołek w oczach mamy Grażki, włączyła Gang Albanii, czyli coś co męczy mnie i straszy jak disco polo i Sarsa. Ktoś mi wytłumaczy jak to się dzieje, że człowiek nie słucha, a zna cały tekst?

 - Ej, co oni tam śpiewają? Pizda na koło?
 - A nie pizda na goło?

 Nie ufam już artystkom. Nawet Natalii. I kocham mamę Grażkę i jej ciupażki.
 Fasola







niedziela, 2 sierpnia 2015

Wiele osób, które odwiedzają czasami mojego bloga (aż jedna) zastanawiały się czemu zaprzestałam się tutaj odzywać. Powodów jest wiele, ale nie zainteresowałyby Was one, a i każda próba tłumaczenia się byłaby w tym przypadku dość marna.
 Moi przyjaciele, znajomi, znajomi znajomych, z którymi mam okazję przebywać zadają mi wciąż te same pytania. Jak sobie radzimy w czwórkę? Czemu nasi przyjaciele odeszli? Czy odczuwam z tego powodu ogromną stratę? Jako, że znudziło mi się kopiowanie tych samych odpowiedzi, postanowiłam dość szczegółowo i szczerze ubrać w słowa szalejące mi po głowie myśli.
 Czym jest tak właściwie strata? Zdaję sobie sprawę, że kto jak kto, ale ja powinnam to wiedzieć. Tracę rzeczywiście wiele, jakby tak się zastanowić. Ale przecież tylko przez chwilę smucę się, gdy tracę pieniądze, biżuterię, równowagę etc.
 Nie, to całkiem coś innego. Nie potrafię tego jeszcze nazwać.  W dzień jestem spokojna. Wstaję dość wcześnie, uśmiecham się do siebie w lustrze, wymieniam kilka zdań z rodzicami i przeważnie przesiaduję resztę dnia u A., z którą to prowadzę mało poważne dyskusje nad stawem albo piję różowe wino słuchając klasycznych  smutasów. I nawet jest mi dobrze bez tego całego marudzenia, że wyglądam jak Angelina Jolie z wąsem, jem za dużo pączków, mam zły odcień pomadki i skarpetki nie pod kolor.
 Ale czasem po prostu pusto i smutno się robi.

 Nie chcę, żeby wracali do zajęć, które nie sprawiają im już radości. Chcę, by powrócili do mojego życia.
 Dziwnie dziś szczera Fasola

 Pssst... jestem ogromnie dumna, że za moją sprawką do "grizzly przygody" dołączyła Anita - najcudowniejszy Anioł Stróż jakiego mam przy sobie. 
 Uciekam.









   

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jestem podróżnikiem

- Dziewczęta i chłopcy, proszę uważać pod nogi! - Nakazał przewodnik naszej szkolnej wycieczki. - Między skałami mogą kryć się zaskrońce albo żmije zygzakowate.
  Dowiedziałam się, że zwierzęta nie atakują człowieka, chyba że... same zostaną zaatakowane. A my, niby istoty rozumne, a jesteśmy często agresywni bez powodu...
  Wycieczka na południe Polski nauczyła mnie kilku istotnych rzeczy. I okazała się być bardzo inspirującą wyprawą. Gdy jechałam autobusem czułam się źle, gdyż paliły mnie wyrzuty sumienia za słowa, które wcześniej wypowiedziałam. Dzięki emocjom, które nękały moje serce, napisałam kolejny tekst piosenki. I potem już się tylko cieszyłam.

  To nie koniec pouczających przygód! Byliśmy w Pradze - przepięknym mieście. Zdawało mi się, że ludzie tam są bardziej tolerancyjni. Do moich przyjaciółek podszedł mężczyzna ubrany w prześwitujące, obcisłe legginsy, w których odznaczały się stringi (!) i poprosił, aby te zrobiły sobie z nim selfie. Następnie wykonał na ulicy "Heroes" - zwycięski utwór tegorocznej Eurowizji, a także piosenkę pt. "Euphoria" Loreen. Sami przyznacie, że dość żenujące połączenie...
  Ale tam wszyscy patrzyli na opisanego przeze mnie mężczyznę z zaciekawieniem. I to było cudowne. Bo każdy z nas jest innym człowiekiem, różnimy się od siebie. Jedni słuchają jazzu, drudzy popu, a jeszcze inni Gangu Albanii. Czułam, że w tamtej przestrzeni jest miejsce dla każdego z nas. To dało mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. 
  Wciąż zachwycam się tym miastem. Tam wszystkie stare kamienice są bardzo zadbane, a ulice nadal zachowują dawną świetność. Brakuje mi tego w Warszawie, gdzie obok historycznych budynków znajdują się nowoczesne drapacze chmur. Niby godne pochwały jest to nasze narodowe łączenie tradycji z nowatorskimi rozwiązaniami, ale ja bym wolała zostać przy swojej przedwojennej stolicy, taką to już mam starą duszę. 

  Kolejny morał przyszedł do mnie nieoczekiwanie. Wraz z moimi przyjaciółmi postanowiliśmy spróbować tradycyjnych przysmaków kuchni czeskiej, choć bliżej nas znajdował się McDonald's. Długo szukaliśmy restauracji, w której serwowano knedliczki.  Jednak warto było się odrobinę natrudzić! "U modre ruze" - bo tak nazywała się knajpa, w której się znaleźliśmy, cechowała się naprawdę uroczym klimatem. Znajdowała się w piwnicy, a słabe płomyki świec rozświetlały delikatnie półmrok. Cicho rozbrzmiewały stare, jazzowe piosenki. Wyobrażałam sobie, jak to wieczorami przychodzą do tej restauracji bardzo eleganccy ludzie, zakochani turyści i małżonkowie z wieloletnim stażem. Wszyscy chcą posłuchać zawodowego muzyka grającego na fortepianie. I jak tu się nie wzruszyć? 
  Zjedliśmy nasze knedliczki i zaczęliśmy szykować się do wyjścia, gdy nagle elegancki kelner podał nam naleśnika z gałkami waniliowych lodów i kawałkami gruszki. Pycha! W pierwszej chwili pomyślałam "Ojej, to naprawdę urocza restauracja. Jeszcze deser nam podają do degustacji". Spojrzałam jednak na Maję, Kasię i Michała, którzy zrobili przerażone miny. 
 - Skąd to się wzięło? - Każdy z nas zaczął się zastanawiać.
  Szybko jednak dowiedzieliśmy się prawdy. Gdy przyszliśmy do restauracji, próbowaliśmy złożyć zamówienie po angielsku, ale kelner zachęcił nas śmiało do wypowiadania słów w języku polskim. Mieliśmy po prostu pokazywać palcem danie, jakie sobie zażyczymy z menu. Każdy otrzymał to, o co prosił. Lecz kto nabroił? A kto inny mógł? Tylko ja (!)
 Po prostu wypowiadając zdanie "Ja poproszę to samo, co koleżanka", omyłkowo położyłam palec na fotografii z naleśnikiem. Cała historia. Michał tylko się bał, że wszystkim nam przyniosą po deserze i będziemy musieli czym prędzej uciekać z tej restauracji unikając rachunku. Za sam obiad zapłaciliśmy prawie 1500 koron. 

  Górskie i czeskie przygody wzbogaciły moje życie o jeszcze piękniejsze wspomnienia. Dziękuję zatem wszystkim tym, którzy dzielili ze mną te cudowne chwile, szczególnie Majkom, Kasi i Michałowi! Oby więcej takich wspólnych wypadów! 





niedziela, 7 czerwca 2015

TGA I FIL

  Każdy człowiek, który wiąże swoją przyszłość z muzyką marzy o tym, aby stać na wielkiej scenie razem z takimi sławami jak Roger Waters, Anthony Kiedis czy też James Hetfield, ewentualnie z Marylą Rodowicz albo Jackiem Stachurskim... a The Grizzly Ambulance było supportem polskiego zespołu mogącego pochwalić się takimi albumami jak "Feel", "Feel 2" oraz "Feel 3". Chyba już wiecie o kogo chodzi... nieźle co? 
  Mimo, iż zostaliśmy posądzeni o komercję i sprzedanie się, to powiem Wam, że to by nie byłby taki zły pomysł, tylko, że... graliśmy znowu za darmo :c
  Tak czy owak, cieszę się mega z tego koncertu. Bo po raz pierwszy pozbyłam się barier, bezsensownych ograniczeń. Nie wiem, może to miejsce na mnie pozytywnie wpłynęło. A może już i doświadczenie... 
  Gdy po raz pierwszy graliśmy koncert w Toruniu, czułam się źle. Miałam skrępowane ruchy i wstydziłam się występować. Sądzę, że publiczność to zauważyła. Wtedy pomyślałam "nigdy więcej!". W tym zawodzie trzeba być bardzo pewną siebie osobą. 
  Przyglądam się innym zespołom. Widzę zachowanie ich członków. Oni wiedzą kim są i co robią. Gdyby nawet grali muzykę disco polo  udającą rocka, to ja bym ją kupiła. Bo czuję ich silną osobowość. 



  Wczorajszy dzień dał mi dużo do myślenia. Czy Fil rzeczywiście powraca na salony? A wraz z nim czy zostanie przywrócona świetność Dody i Mandaryny? Czy uda mi się stworzyć duet z Tolą z Blog 27? 
  Gwiazdy mojego dzieciństwa odradzają się jak feniks z popiołu. Jeśli tak, to trzeba się na to przygotować! Zatem pokochajcie na nowo Fila, posłuchajcie, jak Piotrek ładnie Was prosi :3


Całuję i życzę kolejnego udanego tygodnia
Ola <3

  

poniedziałek, 25 maja 2015

Dwa Światy Grizzly

  Ostatnio żyję w tak szalonym tempie, że nie potrafię się wyrobić. Ale no cóż, zobowiązałam się do prowadzenia tego bloga, a w czwartek Grizzly grało koncert w Dwóch Światach, o którym raczej warto wspomnieć. 
  
  Chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy byli w tym dniu z nami! Nie wiem jak chłopaki, ale ja mocno potrzebowałam Waszego wsparcia! :3 
Dziękuję Anitom, Michałowi, Igorowi, Pawłowi, Agnieszce, Julii no i przede wszystkim Adamowi i Patrykowi, którzy cierpliwie koili moje nerwy. 
Wspaniale było poznać chłopaków z 30daysofline!
Oby więcej takich koncertów!


  A tak wogle to czy wiecie, że Angus & Julia Stone napisali o nas piosenkę? Fajną nawet... 



Kocham Was <3
Ola Fasola 

czwartek, 14 maja 2015

Majowe wspomnienia

Maj jest piękny! I nie sądzę tak tylko dlatego, że większość z nas budzi się do życia, chodzi na spacery i jeździ na rowerze, bo wreszcie jest ciepło i można wygrzać swoje kości na świeżym powietrzu.
Nie, nie, nie (choć za to również kocham maj). 
Jednak maj budzi przede wszystkim u mnie dobre wspomnienia. Rok temu właśnie, dokładnie w tym samym miesiącu, zaczęłam nowe życie z The Grizzly Ambulance. Naprawdę, nie mam pojęcia, jak radziłam sobie, zanim poznałam chłopaków. Co takiego robiłam? O czym myślałam? Co było dla mnie najważniejsze? Nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Chyba po prostu żyłam marzeniami. 

Początki w zespole nie były łatwe. Długo myślałam nad tym jak uczcić ten rok pełen muzycznych zawirowań, a jednocześnie podzielić się z Wami wszystkimi emocjami, jakie mi towarzyszyły na początku (no dobra, napiszę to, choć zabrzmi mocno narcystycznie) mojej kariery.

Wreszcie wymyśliłam! Pewnie nie wiecie, ale od dzieciaka piszę pamiętnik. Umieszczam więc pod spodem jego fragmenty z dni, które zmieniły mnie i wszystko wokół:

24.04.14r.
Polonistka z mojego liceum spytała się mnie jeszcze przed Wielkanocą, czy mogłabym śpiewać na apelu z okazji zakończenia roku szkolnego tegorocznych maturzystów. Widocznie wieść o moim zwykłym - niezwykłym talencie się rozeszła. Zgodziłam się oczywiście. Nie to, że bardzo ucieszyłam się z tej propozycji. Po prostu robię często to, czego oczekują ode mnie inni. Miałam całą świąteczną przerwę na przygotowanie sobie utworów, które mogłabym wykonać, ale nie chciałam sobie zaprzątać nimi głowy w wolne dni. A jak już musiałam to zrobić, nie udawało mi się ściągnąć podkładów piosenek. Stwierdziłam wtedy „jakoś to będzię Olka”, ale tak nie było... Dziś dostałam (właściwie słusznie) za swoje. Pani strasznie się na mnie wkurzyła i powiedziała:
 - Nie obchodzi mnie to, że nie masz tych linii melodycznych. Przyjdziesz na próbę i już co tam zrobisz, to twoja sprawa. 
Nie chciałam się poddać mimo wszystko. Prawie nigdy tego nie robię. Weszłam do szkolnej auli, gdzie wszyscy już na mnie czekali. Postanowiłam improwizować. Zaczęłam śpiewać a capella „Ciszę i wiatr”. Cała się trzęsłam, ale nie mogłam nad tym zapanować. Ktoś mnie przedrzeźniał i parodiował moje nerwowe ruchy. A ja nie chciałam się tym przejmować. Wyobrażałam sobie wiele ciekawych wizji świata. Jak jadę samochodem wokół Wielkiego Kanionu, jak delektuję się słońcem na wrzosowej polanie, jak zwiedzam Akropol... odrzucałam rzeczywistość, bo jej świadomość jeszcze bardziej by mnie pogrążyła. Ostatecznie chyba wyszłam cało z sytuacji. Jak najszybciej pragnęłam dziś z tamtego miejsca uciec. Jutro do niego powrócę, lecz już przygotowana...


25.04.14r.
Dziś odbył się apel z samego rana. Kilka osób mnie pochwaliło, co było dość miłe. Po przedstawieniu, gdzie moi znajomi z teatru recytowali wiersze o tym, jak smutno im żegnać starszych kolegów ze szkoły, podszedł do mnie Patryk informując, że musi ze mną porozmawiać. W głowie rodziło mi się pełno niepokojących myśli. Zawsze mam przeświadczenie, iż zrobiłam coś nie tak i każdy ma do mnie pretensje. W końcu spotkaliśmy się przy parapecie na przerwie i czekałam, co ten intrygujący człowiek z czarnych martensach z żółtymi sznurówkami i w rozciągniętym swetrze ma mi do powiedzenia.
 - Tak chciałem zagadać – rozpoczął. 
Tępo wpatrywałam się w słodką jagodziankę, którą miałam zamiar zjeść. 
 - Bo chodzi o to... ty wiesz prawda, że mam zespół?
Potwierdzająco kiwnęłam głową. Patryk często spóźniał się na zajęcia teatralne tłumacząc, że miał próbę ze swoją kapelą. 
- No więc muszę cię spytać, czy chciałabyś do nas dołączyć? - Kontynuował. - Słyszałem jak śpiewasz i czuję, że jesteś nam potrzebna. Wiem, że musisz dojeżdzać do Wąbrzeźna, ale w razie problemów z transportem mógłbym cię przywozić na próby z moim kolegą Adamem, bo mamy samochody. 
- Ale wy gracie rocka, a mój głos jest raczej delikatny, nie nadaje się do cieżkiej muzyki – stwierdziłam. 
- Takiego właśnie potrzebujemy! Obecnie mamy wokalistkę, ale mówiliśmy jej, że szukamy mimo wszystko kogoś innego. 
Byłam szczęśliwa, że w końcu ktoś mnie docenił. Szybko przystałam na Patryka propozycję. Nie myślałam o plusach i minusach tego przedsięwzięcia, chciałam choć raz w życiu zaryzykować. Opowiedziałam o wszystkim szkolnym przyjaciółkom, które z zaciekawieniem przyglądały się mojemu entuzjazmowi.
- Teraz będziesz naszą gwiazdą – przepowiadały. 
Ja w tym momencie odczuwałam tylko potrzebę tworzenia. Sławnym się bywa, artystą się jest. A ja zawsze chciałam coś znaczyć dla sztuki. Wracając do domu czułam niepokój. Tak jakby mój błogostan powoli się ulatniał. Co, jeśli to wszystko, to tylko złudzenie? Jeśli Patryk działał pod wpływem chwili, rozmyślił się i już nigdy nie da o sobie znaku życia? Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie! Szybko dostałam polecenie od niego, by nauczyć się śpiewać te i tamte piosenki. Przypadły mi do gustu i z ulgą stwierdziłam, że mamy podobne upodobania muzyczne, więc nie powinniśmy się w tej kwestii spierać. The Grizzly Ambulance – bo tak nazywa się kapela – gra szalonego rocka, bez nabrzmiałych przekazów o marności ludzkiego życia, bo przecież ono nie jest zawsze takie męczące. Nie mogę ukryć, że czuję wielkie podekscytowanie. Zdaję sobie sprawę, że to początkujący projekt, coś może się nie udać, ale ja zawsze chciałam śpiewać. Gdy byłam małą dziewczynką, tata zabierał mnie na przeróżne konkursy wokalne. Tam próbowałam swoich sił zaczynając od „Puszka Okruszka”, a kończąc na „To nie ja” Edyty Górniak. Pamiętam jak kiedyś pojechaliśmy bardzo daleko w Polskę. Wtedy nie interesowałam się tym, gdzie jesteśmy. Dostaliśmy pokój w jakimś hotelu, gdzie piłam gorącą czekoladę, a potem cały dzień czekaliśmy na moją kolej. Na scenie tliło się słabe światło i nikogo nie mogłam dostrzec wśród publiczności. To była magiczna chwila. Jedna z najpiękniejszych w moim życiu. 
Po szkole o wszystkim opowiedziałam rodzicom. Nie cieszyli się tak jak ja, przyjęli to ze spokojem (żeby nie powiedzieć, że z obojętnością). Tata stwierdził, że sam miał zespół w szkole średniej, więc nie widzi powodów, bym ja go nie posiadała. Mama z lękiem w głosie oznajmiła, że musi najpierw poznać pozostałych członków zespołu, ponieważ nadal miała wyobrażenia, że muzyka rockowa to nic innego jak używki i staczanie się na samo dno. Warunek jest jeden: nie mogę zapomnieć o obowiązkach związanych ze szkołą! Ale raczej to nie będzie trudne...

02.05.14r.
Przez cały tydzień (albo nawet i więcej) ekscytowałam się zespołem. Odkryłam w sobie również uporczywie pesymistyczną duszę. Wciąż zadawałam sobie pytania: „Jak zyskać wsparcie ze strony rodziców?”, „Jak wracać do domu po próbach?”, „Jak pogodzić szkołę z teatrem i zespołem?”. Najważniejszym jednak priorytetem w tamtej chwili było nauczyć się jak najlepiej piosenek The Grizzly Ambulance. Patrykowi chyba też zależało, bym śpiewała z jego przyjaciółmi. Często pytał, jak mi idzie, czy radzę sobie z utworami, czy mam jak dojechać... tak jakby dawał mi do zrozumienia, że we mnie wierzy, co dodawało mi pewności siebie w tych trudnych chwilach. Dziś nadszedł długo przeze mnie oczekiwany dzień. Miałam mieć pierwszą próbę – przesłuchanie. Postanowiłam jechać na umówione miejsce spotkania pociągiem, by nie obciążać rodziców. Taki prezent dla nich ode mnie. Towarzystwa na stacji dotrzymywał mi starszy pan, najwyraźniej trochę zmęczony życiem. Czekałam z nim na transport, który miał zawitać o 15:18. O 15:15 przejechał przez tory pociąg towarowy. 
- Dziadostwo – przeklinał mój towarzysz nastawiony optymistycznie do życia. - Teraz nasz pociąg będzie miał z dziesięć minut spóźnienia. 
Pomyślałam w tamtej chwili: „A tam dziesięć minut!” Próba miała rozpocząć się dopiero o 16:00. O 15:30 usłyszałam dźwięk nadjeżdżającego pojazdu. Koił on moje nerwy. Zdążyłam już poinformować Patryka, że mogę się chwilę spóźnić, ale odczuwałam ulgę mając świadomość, że zaraz ruszę przed siebie. Pociąg okazał się być pospiesznym. Nie zatrzymywał się na mojej stacji tylko gnał dalej w pewnie ciekawsze miejsce od tego, w którym się znajdowałam. Czekałam. O 16:00 zadzwoniła do mnie mama: 
- I co? Dojechałaś? 
Opowiedziałam jej o swojej beznadziejnej sytuacji. 
- Co? - Szczerze się zdziwiła. - To wracaj do domu!
Starszy pan, który najwyraźniej przysłuchiwał się mojej rozmowie pocieszał:
- O 16:18 powinien jechać kolejny pociąg. 
Postanowiłam czekać. Wkrótce wybiła 16:18, 16:20, 16:30... 
- Mamo – zadzwoniłam. - Zawieź mnie na próbę! 
- A nie możesz odmówić? 
- Mamo, oni czekają na mnie od prawie godziny! To bardzo dla mnie ważne... Zdenerwowana zaczęłam opuszczać peron. Nagle usłyszałam znajomy dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Szybko zreflektowałam się i zawróciłam. Wsiadłam do przedziału, kupiłam bilet. Wreszcie byłam na miejscu. 
- Najważniejsze, że się nie poddałaś – przywitał mnie Patryk. - Gramy w piwnicy, zaprowadzę cię. 
Pomieszczenie było małe i wilgotne. W nim kilka śmiejących się osób. 
- To jest Ola – przedstawił mnie Patryk. - A to Adam, Rafał, Paweł i Klaudia. 
Od razu miałam zacząć śpiewać. Działałam pod wpływem wielu emocji. 
- I jak? - Spytał po wszystkim Patryk. - Co sądzicie o Oli? 
Czułam się skrępowana. Wszyscy obecni mieli kamienne twarze, jakbym nie wydała z siebie jeszcze żadnego dźwięku, a zaśpiewałam wszystkie już piosenki. Nie byłam przygotowana na taką reakcję. 
- Dobra – mówił dalej Patryk. - Adam, co myślisz? 
- No nie wiem... - zaczął niepewnie chłopak. 
- No ale Adam! Jak nie chcesz się wypowiadać, to równie dobrze możesz grać na gitarze sobie sam w domu!
- No mi się bardzo podobało – wykrztusił w końcu Adam. 
- Paweł, co myślisz? 
Perkusista przyglądał mi się przez moment i zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. 
- Podobają mi się twoje doły – przyznał w końcu. - Tak ładnie wtedy mruczysz. A czego słuchasz? 
- Rocka, metalu... - zaczęłam wyliczać. 
- No to jesteś nasza dziewczyna! 
- Czyli co, w takim składzie gramy na festynie szkolnym! – oznajmił Patryk. - Następna próba w czwartek. Ola chodź, zawiozę cię do domu.
Chyba się uśmiechnęłam. W końcu coś poszło po mojej myśli. Okazało się, że Patryk nie jeździ samochodem oraz go nie posiada. Mówiąc: „Ja mam auto” czy też „Zawiozę cię do domu”, myślał o swojej mamie, która okazała się być miłą osobą i dobrym kierowcą. 
- Tobie się zaraz skończy ten zespół – przepowiadała swojemu synowi. - Maturę musisz zdać. 
Wkrótce dotarłam do domu, tym razem już bez przygód. 

04.05.14r.
Dziś po szkole miałam iść na próbę zespołu. Problem polegał na tym, że nie poinformowałam jeszcze o moich planach rodziców i obawiałam się ich reakcji. To przykre, że jestem tak ograniczona. 
- Jak zamierzasz wrócić dziś do domu? Ja kończę lekcje o 14:30, a ty co zrobisz, skoro umówiłaś się z chłopakami dopiero na 16:00? - Utrudniał mi życie tata. - Później nie mogę cię odebrać, bo muszę jechać do Torunia i wrócę późnym wieczorem. 
- Co to za zespół, że nagle wszystko dla niego robisz?! - Dziwiła się mama.
- Obiecałam, że będę na próbie, bo występujemy dwudziestego maja!
- Ale Ty wczoraj wróciłaś późno do domu i dziś też chcesz cały dzień biegać po mieście? 
- Dwa razy w tygodniu to za dużo! Musisz zdecydować, czy zostajesz w teatrze, czy w zespole. Chyba nie chcesz zawalić szkoły? 
- Nie chcę – przyznałam. - Ale nigdy was nie zawiodłam z ocenami. 
- Nie o to mi chodzi – wyjaśniał tata. - Ty jesteś ambitna, będziesz nocami się uczyć i jeszcze nam zachorujesz. 
Co za głupie gadanie (!). Nawet jeśli mówili to w dobrej wierze, powinni wreszcie zacząć mi ufać. Obiecali przecież, że będą wspierać...
- Dobra, w takim razie mam jeszcze jedną propozycję – próbowałam się uspokoić. - Wrócę pociągiem o 17:14. 
- Nie mam mowy! Temat zamknięty! - Oburzała się mama. 
- Grażyna, ty tylko umiesz powiedzieć „nie, bo nie”! - Przerwał jej tata. - Dobra, to jest jakieś rozwiązanie. Jak się dziewczyna już umówiła z chłopakami, to nie może być niesłowna... tylko masz to obgadać z tymi muzykami, żeby za tydzień znowu nie było błagania. 
Nie miałam wyboru. Na przerwie musiałam porozmawiać z Patrykiem, by wspólnie uporać się z problemem. Było mi głupio i spodziewałam się, że mój rozmówca powie coś w stylu: „Okej, w takim razie musimy się pożegnać”. Czekał na mnie przed szkołą. 
- Hej Ola – przywitał się. - Miałem przed chwilą lekcje i wiesz co zrobił mój nauczyciel? Miał powiedzieć „Krzywa Wieża w Pizie” a powiedział „Krzywa Wieża w pizzy”. 
Opowiedziałam mu, w jakiej sytuacji się znajduję i moja ciemna strona duszy przybliżała mi pożegnanie się z The Grizzly Ambulance, ale Patryk tylko wzruszył ramionami:
- Nic się nie przejmuj. Zwołam chłopaków i możemy zacząć grać o 14:30. Ćwiczyliśmy nieustannie dwie godziny. 
- Co chcesz teraz śpiewać? – spytał mnie Patryk. - A co mi jeszcze nie wychodzi? 
- Wszystko ci wychodzi. 
- A jeszcze się nie spytaliśmy Oli o jedną bardzo istotną rzecz – przypomniał sobie Paweł. - Odpowiada ci to, co gramy?
- Tak – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Widzę, że Paweł nie jest zadowolony z twojej odpowiedzi... - żartował Patryk. - Wiem, co knujesz, ale Oli nie przekabacisz na swoją punkową stronę.
O 16:20 musiałam opuścić piwnicę. 
- Napisz nam koniecznie, czy pociąg przyjechał, bo będziemy się martwić – nakazał Patryk. 
Przyjechał. Pospiesznie wsiadłam do niego, jakby był ulotnym zjawiskiem. Poinformowałam chłopaków o moim szczęśliwym dotarciu do domu. Później dostałam wiadomość od Patryka: „ Dziś dałaś czadu. :) Już nie mogę doczekać się kolejnej próby.”


05.05.14r.
Dziś Jędrek i Miki ogłosili próbę Pokoju Numer 12. Postanowiłam opowiedzieć im o swoich planach dotyczących The Grizzly Ambulance. Z jednej strony było mi głupio, że ich opuszczam. Wiązałam z tym zespołem wiele wspomnień i marzeń. Oczywiście mogę dalej przyjaźnić się z chłopakami, ale nie wiem, czy oni będą na to gotowi... z drugiej strony jestem zadowolona, że w końcu wzięłam sprawy w swoje ręcę. Nigdy nie wyrażałam głośno swoich uczuć, nie okazywałam złych emocji, bo bałam się jak odbiorą to inni. Co jeśli przeze mnie ktoś poczuje się gorzej? Jeśli sprawię mu przykrość? Przez to czułam się nieszczęśliwa, bo nie mogłam robić tego, co chciałam. A dziś przeskoczyłam samą siebie. Wiem, że zachowałam się egoistycznie, myślałam tylko o sobie, ale teraz czuję się wolna. Już nie muszę udawać. Miki był bardzo poirytowany. Najwyraźniej nie spodziewał się, że kiedyś ogłoszę swoje odejście. Mówił, że ich zdradziłam, że wybrałam łatwiejszą drogę, zamiast trudzić się prawdziwą muzyką. Z każdym słowem marniałam w jego oczach. Jędrek chyba mnie rozumiał. Uszanował moją decyzję i życzył mi powodzenia. Miałam ochotę pierwszy raz w życiu go wyściskać. Ciasny o kamiennej twarzy nic nie powiedział. Siedział za perkusją i bawił się pałeczkami. A Anita była przy mnie. Wiem, że mnie wspiera. Chłopaki chcieli zagrać na szkolnym pikniku w ich szkole. Obiecałam, że z nimi wystąpię, nie zostawię ich w tym dniu. Już tylko tyle mogę dla nich zrobić...


20.05.14r.
Kilka dni temu Patryk napisał na oficjalnej stronie The Grizzly Ambulance taką informację: „20-ego maja gramy na festynie szkolnym. Wpadajcie, bo na wokalu będziecie mogli usłyszeć Olę Góralską – głos, od którego ma się ciarki!” Byłam bardzo mile zaskoczona. Wiedziałam, że nie mogę zawieść chłopaków. Dziś wreszcie nadszedł ten dzień. O 11:00 Paweł, Rafał, Adam, Patryk i ja spotkaliśmy się przed salką, w której mamy próby, by załadować instrumenty do busa. 
- Jak tam? Jest stres? - Spytał mnie Paweł. 
- Raczej mobilizująca trema. - Przyznałam.
Nasz występ zaczęliśmy od zagrania „Black sheep”, potem „I'm freak”, dotarliśmy do połowy „Seven Nation Army” i... nagle zabrakło prądu. Nie wiedziałam, co się dzieje. Wszyscy spoglądali na siebie z widocznym zmieszaniem. Wkrótce awaria została naprawiona, śpiewałam „Sixteen saltines” i... znowu to samo (!). Miałam ochotę się poddać, podziękować za występ i porzucić mikrofon. Podeszła do mnie znajoma z byłej szkoły i tępo spytała:
- Hej, czemu nie gracie? 
Miałam ochotę ją uderzyć. Całe szczęście chłopaki nie stracili dobrego humoru tylko postanowili działać. Dopiero niedawno zauważyłam, że nasze życie nie jest fundacją spełniającą marzenia i bardziej przypomina tor przeszkód. Tłumiłam w sobie emocje. Publiczność nadal była zdziwiona i w skupieniu czekała, co zrobimy. Rafał nastroił swoją akustyczną gitarę i zagrał „Ordinary love”. A ja zaśpiewałam. Już bez prądu, ale przecież nic nas nie mogło powstrzymać! Poczułam się tak naprawę dopiero w tamtej chwili częścią zespołu. Daliśmy radę. Dotrwaliśmy do końca! Przyjaciele ze szkoły gratulowali nam udanego występu. Zdawałam sobie sprawę, że dzisiejszy dzień był testem, czy nadaję się jako wokalistka TGA. I chyba go zdałam... 
Kolejna komplikacja pojawiła się, gdy jechaliśmy już przed siebie, a ja uświadomiłam sobie, że nie ma w plecaku mojego telefonu. 
- Musisz wrócić na rynek! - Stwiedził Patryk. 
- Wiecie, że mam bardzo optymistyczne podejście do życia – wtrącił się Paweł. - Ale nie sądzę, że go tam jeszcze znajdziesz. 
Znowu musiałam się denerwować. Telefon był nowy i dostałam go od taty. A poza tym nie wyobrażałam sobie bez niego życia. Postanowiłam wrócić do miejsca, gdzie graliśmy koncert. 
- Niech ktoś z nią tam idzie! - Nakazał Patryk. - Ja nie mogę, bo chyba mam gorączkę z tego wszystkiego. 
Poszedł Adam. Próbował żartować i uspokajać mnie, ale trochę się martwiłam. I byłam na siebie zła. Na dodatek nie wiedziałam, gdzie mogłam zostawić mojego samsunga, a na rynku znajdowało się wiele osób. Adam liczył zarobione dziś przez nas pieniądze. Przed występem wraz z Patrykiem postawił przed nami słoik, na którym nakleił kartkę „Zbieramy na nagranie płyty”. Hasło najwyraźniej się spodobało, bo zebraliśmy 55 złotych. Okazało się, że telefon zostawiłam na ławce. Pewien uczciwy pan zauważył go i oddał Magdzie, a ona przekazała mi. Przedtem zadzwoniła do mojego taty (choć nie wiem, co ją do tego skłoniło) i opowiedziała mu o całym zdarzeniu, co on skwitował: „Ale z Oli jest guła!”. Z ulgą wróciłam do zespołu. Chłopaki nie wierzyli, że znalazłam swoją zgubę. I mianowali mnie oficjalnie Gułą... Bardzo się z tego śmieli, a ja nie miałam siły na nich się wkurzać. Wieczorem Patryk wysyłał mi komentarze, które dotyczyły mnie i dzisiejszego występu. Jedna jego koleżanka napisała: „Ola mam cudowny głos”, druga: „Po pierwsze: Patryk - miałeś głupawe okulary, po drugie: Ola daje radę i dobrze się rusza, chodzi, patrzy na was. Wielkie plusy! Jaram się. Paweł też ogarnia gary.”
Igor: „Zmiana wokalu na plus. TAKI WIELKI PLUS, ŻE JA JE*IĘ! Zaje*ista jest! Nie dość, że śpiewa dobrze, to jeszcze się rusza, a nie stoi jak kołek! Propsy, propsy, propsy! Z nią od razu wam wyszło granie, tak ogółem.  trzymam kciuki za was!” 
Ala: „Oj Ola, pięknie zaśpiewałaś. Pewnie zespół jest z Ciebie dumny.” 
Globi: „Ola Fasola, świetny występ!”
Patryk na oficjalnej stronie naszego zespołu napisał: „Mimo problemów z zasilaniem udało nam się dziś zagrać do końca! Dziękujemy za wparcie i korzystając z okazji chcielibyśmy powiedzieć, że Ola zostaje z nami w zespole na stałe. Jednocześnie dziękujemy Klaudii za nieoceniony wkład w rozwój The Grizzly Ambulance. Bez Ciebie nas by tu nie było!” Jestem taka bardzo szczęśliwa! Wreszcie wszystko poszło tak, jak chciałam. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego scenariusza. Wszelkie wątpliwości mnie opuściły. Teraz już wiem, że bycie częścią tego zespołu jest moim powołaniem. Nic nie dzieje się przez przypadek.


Przypominam, że za tydzień mamy koncert w Toruniu! Jeszcze raz gorącą na niego zapraszam <3
Całuję :* 
Olka





niedziela, 3 maja 2015

Uwaga koncert!

  Mimo ogólnego Weltschmerzu, zbliżających się matur oraz wyborów prezydenta mam dla Was dobrą wiadomość (a przynajmniej ja się z niej cieszę). 
  Otóż The Grizzly Ambulance zagra koncert już 21 maja o 20:00 w toruńskim klubie Dwa Światy. Wszystkich chętnych i ciekawych wrażeń serdecznie zapraszam na nasz występ, tym bardziej, iż gwiazdą wieczoru będzie indie rockowa kapela ze Świecia, którą będziemy supportować. Szykuje się więc noc pełna wrażeń! :)
  30daysofline tworzą po polsku, a ich muzyka kojarzy mi się trochę z utworami Mikhaela Paskaleva. Pewnie pomyślicie "oj, co ona znowu z tym kolesiem", ale to jest prawda! Gorąco zachęcam Was do posłuchania piosenki pt. "Otępiały", mówiącej, jak to zwykle bywa, o miłości. 
  Jeśli nawet to Was nie zachęci, to dodam na koniec, że nasi polscy artyści są bardzo przystojni! :)
Link do wydarzenia znajdziecie tu: https://pl-pl.facebook.com/events/1608000219416184/
A utwór "Otępiały" pod spodem: 
  
  Pozdrawiam wraz z przyjaciółkami blogerkami :)